
W marcu leniuchujemy.
Zrezygnowałam z treningów na rzecz spokojnego relaksu na polach i długich spacerów.
Wczoraj właśnie na taki spacer się wybrałam. Miał być kawałek nad jezioro, okazało się że wydreptaliśmy 9km czyli naszą normalną trasę do treningu pieszego w SLED.
Po raz pierwszy w tym roku pozwoliłam wejść Cezarowi do wody.
Z racji że mieszkamy rzut kamieniem od jeziora oczywistym jest że Cezar wodę kocha. Ale tylko do wysokości podwozia :)
Latem na czas największych gorączek potrafi się kawałek przepłynąć, a jeśli idziemy rodziną na dziką plażę pilnuje nas jak gąsek.
Najczęściej jednak wygląda to tak :
Mam jednak nadzieję że gdy zrobi się cieplej dam radę namówić go by pływał sam. Może za piłeczką?
Frisbee nie wyszło, mamy przerwę, ale efektem ubocznym tego sportu w naszej ekipie jest całkiem niezły aport (tj bieg za przedmiotem, podniesienie, parę kroczków i wypuszcza) więc może spróbujemy pływać. Byłby to niezły sposób na schłodzenie psa podczas treningów czy przejażdżek rowerem.
Zastanawiam się nad sztuczką "bąbelki" ale nie mam odpowiedniej miski.
Bo nurkować już umie :)
Gdy czytam tekst tej notki dochodzę do wniosku że bardzo nisko upadłam. Bla bla bla...Woda... Bla bla... Słodkie zdjęcie... Bla bla....
Nie mam motywacji na nic. Przechodzimy kryzys treningowo/sztuczkowo/moralny....
Przepraszam.
Macie jakieś rady dla dwóch śmierdzących leni?
P'S Nowy wygląd bloga psuje mi koncepcję Black&White ale miało być mniej mrocznie :)